Zakładki:
Tagi
|
piątek, 18 maja 2012
Pisaliśmy o sporze pomiędzy liniami lotniczymi PLL LOT a OLT Express, dotyczącym reklamy, pamiętacie? PLL LOT stwierdził, iż kampania reklamowa OLT Express wzorowana jest na ich pomyśle (mówiąc krócej – plagiat) i zażyczył sobie zaniechania emisji tejże.
PLL LOT skierował stanowcze pismo, wzywając konkurencyjnego przewoźnika do zaprzestania emisji reklamy, OLT odmówiło – i tak sprawa trafiła do sądu. Dwa dni temu, decyzją sądu OLT ma zaniechać rozpowszechniania rzeczonych reklam oraz wykorzystywania frazy „Polskie Linie lotnicze” na czas trwania procesu. Jak łatwo się domyślić – PLL LOT jest usatysfakcjonowany dotychczasowym przebiegiem sprawy - sąd przychylił się do argumentacji strony. Jednak linie OLT Express bynajmniej nie podzielają zdania konkurenta. W wystosowanym oświadczeniu prasowym informują, iż będą się odwoływać od decyzji i podejmować stosowne kroki prawne. Zgodnie bowiem z procedurą, sąd wydał oświadczenie, bazując na jednostronnej argumentacji strony, która doniesienie złożyła – PLL LOT, a strona pozwana w tym wypadku nie miała szansy na kontrargumentację. Nam wydaje się, że kij ma zawsze dwa końce (niezależnie od tego, z której strony mu się przyglądać). Niemniej, czy nie lepiej skupić się na zdobywaniu klientów poprzez podnoszenie jakości świadczonych usług, zamiast poświęcać miesiące na boksowanie w sądzie..? Tagi:
OLT Express
PLL LOT
17:33, eprzeloty ,
Co w przestworzach piszczy
Link Dodaj komentarz » Lista TrackBacków (1) »
czwartek, 17 maja 2012
Kręte ścieżki Boeinga zaprowadziły nas znowu do lotowskich Dreamlinerów. Choć od lat wszystko miało już być ustalone, sytuacja wciąż się zmienia. Nie tak dawno pisaliśmy o tym, że jeszcze w tym roku zobaczymy trzy maszyny w polskiej flocie. Niestety – zobaczymy jedną. W listopadzie (tego roku!) przyleci pierwszy. Będą się na jego pokładzie odbywały loty szkoleniowe załogi, po czym w styczniu maszyna wyruszy na pierwszy lot rejsowy. Zapowiedzi (nie przywiązujcie się do nich :-)) są na kolejne dwie sztuki w styczniu 2013 i dwie kolejne w ciągu dwóch miesięcy – czyli do końca marca PLL LOT powinien dysponować pięcioma Dreamlinerami. Między następnymi trzema (bo razem ma być ich osiem) będą następować roczne przerwy – czyli do 2016 roku będziemy mogli przyjrzeć się wszystkim. Na Dreamlinera czekamy już cztery lata, od takiego czasu mieliśmy już cieszyć się możliwością latania nim w barwach narodowego przewoźnika. Robimy zakłady, czy w listopadzie się uda?
piątek, 11 maja 2012
Od zaprzyjaźnionych czytelników dotarły do nas ostatnio głosy ostrzeżenia. Lata się tu i ówdzie i – jak to w życiu – korzysta z tanich linii lotniczych. Jak wiecie, wzrost cen paliw (może trafniej byłoby – wciąż rosnące ceny paliw), zmusił linie lotnicze do oszczędności. Odbiło się to zwłaszcza na tanich przewoźnikach, a więc w naturalnej kolejności – również i na nas. Bagaż podręczny, zwany również kabinowym, to temat rzeka – ciągłe wątpliwości, co można, czego nie można, ile można i jak można. Zmieniające się przepisy, ostrożność służb bezpieczeństwa na lotniskach i regulacje konkretnych przewoźników nie od dziś przyprawiają Was o zawrót głowy. O limitach wagowych i gabarytowych bagażu kabinowego słyszał każdy, kto latał. Powszechne jednak również było przekonanie, że na pewne kwestie można – mówiąc kolokwialnie – przymknąć oko. Mało kto może przyznać, że jego podręczny był na lotnisku ważony, mierzony i sprawdzany pod kątem obowiązujących miar. Pora jednak przyzwyczaić się do myśli, że życie się zmienia i teraz wygląda to nieco inaczej… Trudno nam wyrokować, czy zwyczaje zmieniły się na całym świecie – gwarantujemy Wam jednak (na bazie doświadczeń), że przynajmniej w kilku krajach, na całkiem znaczących lotniskach – owszem. Wyobraźcie sobie widok odrywanych przez pasażerów od walizek kółek – bo nie przeszły przez kontrolę i uznano je za niewymiarowe… Wyobraźcie sobie odrywanie rączek – takie obrazy też były… Że nie wspomnę o wyrzucaniu co cięższych elementów bagażu, aby go nieco odchudzić, bo okazał się zbyt wagowy. Tak, drodzy Państwo! Nie polecicie już z byle jak zapakowanym podręcznym. Co więcej – nie możecie mieć przy sobie więcej, niż jednej sztuki bagażu kabinowego – coraz rzadziej (lub wcale) będzie przymykane oko na dodatkową damską torebkę na ramieniu, torbę z laptopem, czy aparatem fotograficznym – wszystko to musicie umieścić w swoim bagażu. Dodatkowo oczywiście obowiązują przepisy, dotyczące przewozu płynów i innych substancji – to już poza konkursem. Apelujemy więc do Was o ostrożność i rozwagę (nikt z nas nie chce na lotnisku żenujących sytuacji rozpruwania naszych walizek i odrąbywania od nich poszczególnych elementów, celem pomniejszenia). Sprawdzajcie dokładnie limity wagi i wymiarów bagażu kabinowego w liniach, którymi planujecie lecieć – stosujcie się do przepisów, bo szanse na to, że oko zostanie przymknięte – spadają powoli do zera…
czwartek, 10 maja 2012
Komisja Transportu Parlamentu Europejskiego bada właśnie projekt, który dwa dni temu został zgłoszony na posiedzeniu. Projekt przewiduje propozycję wprowadzenia zakazu nocnych startów i lądowań w Unii Europejskiej. Kto za tym stoi? Jeśli jeszcze nie słyszeliście, to stowarzyszenie Unia Europejska przeciwko Niepokojeniu przez Samoloty, grupujące przeciwników nocnych lądowań. Przedstawiciel organizacji mówił o 10 milionach obywateli Europy, którzy w wyniku hałasu samolotów nie mogą spać. Postulaty stowarzyszenia zakładają ośmio-godzinną przerwę w operacjach na 240 lotniskach Unii Europejskiej. Jak przekonywał przedstawiciel – hałas drogowy, miejski, czy kolejowy jest do wytrzymania, a jeśli nie, można od niego uciec, ale lotniczy nie – przeprowadzka z dala od aglomeracji nikomu bowiem nie zagwarantuje, że nad jego nowym, zacisznym domem nie będą latać samoloty (jeśli nie dziś, to jutro). Zwolennicy projektu twierdzą, że zysk ekonomiczny zdecydowanie nie może stanąć na drodze zdrowiu i wygodzie życia. Europejskie Stowarzyszenie Linii Lotniczych jednocześnie oponuje, twierdząc, że ewentualne decyzje tego typu mogą być realizowane przez lokalne władze, nie może być mowy o jednakowych prawach (zakazach) dla wszystkich lotnisk oraz – tym bardziej – ogólnoeuropejskim zakazie lotów. Zdania są podzielone Członkowie Parlamentu mają odmienne opinie – jedni są za, drudzy przeciw. Głosy są jednak w zasadzie jednomyślne w kwestii pozostawienia decyzji szczeblom lokalnym – wydania dyrektywy, a nie rozporządzenia, to zapewni władzom znacznie większą swobodę. Co sądzicie o takim zakazie? Ponad wszelką wątpliwość wiadomo, że z pewnością utrudniłoby to znacząco loty transatlantyckie. Nam propozycja jakoś nie podchodzi – aaaale, może spowodowane jest to faktem, że nad moim domem nie latają samoloty (a przynajmniej nie w uciążliwy dla mnie sposób)?
piątek, 04 maja 2012
Jak wiecie, lubimy wyszukiwać ciekawostki z branży. Ostatnio trafiliśmy na kilka artykułów, opisujących – jakby na to nie patrzeć – chorą sytuację na lotnisku w Kansas w USA. W Polsce może nie było o niej aż tak głośno, natomiast w USA owszem. Paradoksalnie – kraj, w którym paranoja strachu, wojna z terroryzmem i efekty tychże miały swoje narodziny, staje teraz okoniem i wykrzykuje swoje oburzenie działaniem służb… Ale do rzeczy, zanim skomentujemy – w pierwszej kolejności opowiemy. Otóż, kobieta – będąca równocześnie babcią, przechodziła przez kontrolę – bramka zapiszczała, wtedy to do babci przytuliła się czterolatka – wnuczka kobiety. Ich kontakt trwał ledwie kilka sekund. Agenci niezwłocznie podnieśli larum – bramka zapiszczała, bowiem babcia z pewnością przenieść przez nią chciała coś, czego nie powinna, a co z kolei przekazała w ręce wnuczki, kiedy wyszło szydło z worka – najpewniej była to broń.Rozjuszenie służb było jeszcze większe, kiedy dziewczynka próbowała uciekać (jakież to dziwne, że czteroletnie dziecko ucieka, kiedy czuje się osaczone przez obcych chłopów w mundurach, z bronią w ręku). Dziewczynka oraz jej mama trafiły na kontrolę osobistą do osobnego pomieszczenia. Dziecko nie planowało poddać się kontroli, toteż szarpane i owrzaskiwane przez służby płakało coraz donośniej. Agenci orzekli, iż dziecko jest zagrożeniem wysokiego stopnia (nie ma to, jak czteroletni terroryści, takich świat boi się najbardziej) i jeśli nie podda się kontroli osobistej i przeszukaniu, cała rodzina będzie musiała niezwłocznie opuścić lotnisko. Żeby było zabawniej, nad płaczącą, przestraszoną dziewczynką stanęła funkcjonariuszka, nakazująca stanowczym tonem, aby natychmiast się uspokoiła (wszyscy wiemy, jak kojąco krzyczenie „przestań płakać” działa na dziecięcą psychikę). Koniec końców, interwencja szefa ochrony sprawiła, iż pozwolono mamie trzymać dziewczynkę w czasie przeszukania – nie trzeba chyba dodawać, że przeszukanie niczego nie wykazało (poza niewinnością domniemanej terrorystki). Poproszona o komentarz Agencja Bezpieczeństwa Transportu (TSA) poinformowała, że agenci zastosowali odpowiednie procedury i nic złego się nie stało. Na tym więc teoretycznie sprawa się kończy. Czy jednak na pewno? Nam wydaje się, że nasze tyłki (wybaczcie kolokwializm), dogonił nasz własny kopniak. Poczuliśmy zagrożenie – krzyczeliśmy głośno, że chcemy być chronieni, że służby mają zapewnić nam bezpieczeństwo, że wymagamy od nich rzetelnego pełnienia swoich obowiązków – nam ma nie spaść włos z głowy. Służby więc od kilku lat trenują się w coraz skuteczniejszych technikach ochrony – i najwyraźniej – zapędziwszy się w kozi róg, straciły umiejętność trzeźwej oceny sytuacji. Z jednej strony, można wytykać palcem tych ochroniarzy – puknąć się w czoło z pytaniem, czy naprawdę uważali małe dziecko za zagrożenie terrorystyczne wysokiego stopnia?! Z drugiej strony, czemu mieliby poddawać ocenie sytuację (jedną z wielu, z jakimi mają kontakt) – mają procedury, których przestrzeganie być może nie zagwarantuje nam bezpieczeństwa, ale na bank zagwarantuje im podkładkę „w razie czego” – wszystko przebiegło zgodnie z procedurami, nie pominięto żadnych środków ostrożności, więc wszyscy są kryci. To, co bezsprzecznie można zarzucić służbom w tym wypadku, to podejście do dziecka – w czysto ludzkim aspekcie. Wydzieranie się na przerażoną dziewczynkę może tylko i wyłącznie spotęgować jej strach i histerię (nie ma innej opcji). Mogli więc, jak ludzie – podejść z uśmiechem, spokojem i wyrozumiałością – uzyskaliby potrzebny efekt, unikając obustronnych nerwów, problemów, traumy dziecka i irytacji rozżalonej mamy, która obecnie prowadzi społeczną wojnę internetową z agentami służb, informując jak najszersze grono o tym, co zrobiono jej córce (i w sumie jej się też nie dziwimy). A Amerykanom w to graj – nie myślcie sobie, że ktokolwiek broni agentów – są nieludzcy, źli, odarci z uczuć, bezduszni służbiści, krzywdzący dzieci, do tego idioci, którzy nie potrafią rozróżnić zagrożenia od sytuacji nie mającej z nim nic wspólnego. Fora internetowe aż huczą od opinii poruszonych, zbulwersowanych zajściem rodziców. My, prawdę mówiąc – od tego, jak oceniamy służby w tej konkretnej sytuacji, bardziej zastanawiamy się, czy można było tego uniknąć? Czy przypadkiem takie historie nie będą zdarzały się coraz częściej? Czy całe zajście nie jest naturalną konsekwencją sposobu, jaki wybraliśmy na życie? Czytaliśmy ostatnio fajną książkę, pisaną przez osoby z branży. Między oficjalnymi komentarzami twierdzą, iż nasze bezpieczeństwo podróży jest ułudą. Fikcją, w którą wszyscy bardzo chcemy wierzyć. Oczywiście – podejmowane środki bezpieczeństwa gwarantują zmniejszenie ryzyka. Jeśli jednak znajdzie się zdeterminowany śmiałek, który postanowi w ten, czy inny sposób nam zagrozić – znajdzie drogę i nikt go nie powstrzyma. De facto więc, chodzi tylko o stworzenie psychicznego komfortu w czasie koniecznych w dzisiejszych czasach podróży (i nie tylko o lotnicze środki transportu chodzi). Dalecy jesteśmy od twierdzenia, że kontrole to zło, że bramki są niepotrzebne, a nadgorliwość służb bezpieczeństwa jest zbyteczna, ale chyba bardzo bliscy twierdzenia, że sami tego chcieliśmy…
środa, 02 maja 2012
Dziś temat, który poruszyła ostatnio Gazeta Wyborcza, pchnięta ku temu przez rozjuszonych klientów i uczciwe korporacje, sprawa nabiera rumieńców – komentuje ją również lotnisko, a wszystko to, zwłaszcza w kontekście zbliżającego się Euro jest bardzo ciekawym kąskiem… Ale, żeby nie było – nie musicie się bać taksówek na Okęciu z założenia – lotnisko ogłosiło w 2001 roku przetarg i podpisało umowy z korporacjami, które otrzymały prawo wyłączności obsługi pasażerów i korzystania z postoju przy terminalu. Te korporacje pobierają uczciwe wynagrodzenie za swoją pracę – zostaniecie tam podliczeni zgodnie z taryfą i licznikiem, może przepłacicie w stosunku do najtańszych korporacji w mieście, niemniej – nie zostaniecie w żaden sposób oszukani. Żeby była pełna jasność sytuacji, zwłaszcza dla turystów spoza Warszawy – korporacje, które prawnie funkcjonują na Okęciu to Sawa Taxi, Ele Sky Taxi i Super Taxi. Popyt jednak jest duży, a co za tym idzie – znaleźli się chętni do wykorzystania sytuacji niekoniecznie w sposób uczciwy. Na lotnisku pojawiają się nie zrzeszeni „taksówkarze”, oferujący przewóz – nagabują przylatujących (najchętniej obcokrajowców, ale bądźcie czujni, bo nie tylko…), złapanego klienta prowadzą na parking w pobliżu, gdzie zaparkowany jest samochód – nie mogą zaparkować go pod terminalem. Dla porównania – z uczciwym taksówkarzem za kurs do centrum zapłacicie 25-40pln (w zależności od stawki za km, pory dnia, sytuacji na drodze, etc), za kurs z nagabywaczem zapłacicie od 100pln w górę. Nie otrzymacie wydruku z kasy fiskalnej, nikt nie poinformuje Was o stawce za kilometr, a jeśli usługodawca zorientuje się, że zupełnie nie wiecie dokąd jedziecie i ile powinniście zapłacić, policzy jeszcze więcej – skorzysta z każdej okazji. Pracownicy korporacji skarżą się (tu możecie przeczytać ciekawy artykuł – klik), że władze lotniska w żaden sposób nie próbują zapobiegać nieuczciwym praktykom, lotnisko błyskawicznie odpowiada (to z kolei przeczytacie tu – klik), że dokłada i dołoży wszelkich starań, aby zlikwidować bandyckie rozboje taksówkowe. Trwa kampania informacyjna, której zadaniem jest zwiększenie świadomości potencjalnych ofiar oszustwa. Naszym celem nie jest ocenianie, kto zawinił, kto mógł zrobić więcej, kto nie dopilnował – piszemy o tym, bowiem uważamy, że warto wiedzieć, z czym możecie mieć do czynienia po przyjeździe do stolicy. Warto pamiętać, na co zwrócić uwagę, żeby nie dać się orżnąć, no i warto o tym mówić – im będzie głośniej, tym większy nacisk będzie na władze lotniska i miasta, aby zadbać o bezpieczeństwo odwiedzających stolicę gości (z Polski i świata). Miejcie się na baczności! Co zrobić, aby nie dać się oszukać?
piątek, 27 kwietnia 2012
Temat ostatnimi czasu na topie – nic dziwnego - nie lubimy, kiedy ktoś wykorzystuje wiedzę o nas bez naszej zgody i przeciwko nam. Jesteśmy na tym punkcie wyjątkowo wrażliwi, a – paradoksalnie – wiele kluczowych decyzji zapada poza nami, bez naszej wiedzy i najmniejszego wpływu. Dlatego też, zamiast traktować znowu o naszych przewoźnikach, dla odmiany postanowiliśmy skupić się na tendencjach światowych :-), bo i te nas dotyczą. Rzecz traktuje o oczekiwaniach USA i umowie, którą zaakceptował Parlament Europejski, a która to dotyczy przekazywania USA danych pasażerów linii lotniczych, lecących do Stanów. Celem umowy oczywiście jest ochrona przez zagrożeniem terrorystycznym, zwiększenie bezpieczeństwa i poszerzenie możliwości walki z niebezpieczeństwami, na które jesteśmy narażeni. Jednak czy aby na pewno realizowanie owej umowy, samej w sobie, nie stanowi dla nas zagrożenia? Zgodnie z jej zapisami, linie lotnicze mają przekazywać nasze dane do Ministerstwa Bezpieczeństwa Narodowego USA. Służby mają je przechowywać w aktywnej formie przez okres pięciu lat, po pierwszych sześciu miesiącach mają być depersonalizowane (numer telefonu i nazwisko mają zostać ukryte), ale przez kolejnych dziesięć lat, dane mają być przechowywane, jako ‘uśpione’ i udostępnione na wniosek określonych służb, co ma być restrykcyjnie regulowane przepisami. Po upływie dziesięciu lat, mają być kasowane. Sprzeciw wzbudził dla przykładu zapis, mówiący o możliwości wykorzystywania danych w sprawach, dotyczących identyfikacji osób, które mogłyby być obiektem dalszego sprawdzania. Holenderska europoseł zaoponowała, twierdząc, że w ten sposób dane mogą być wykorzystywane w sprawach, związanych z nielegalną imigracją. A co za tym idzie – mogą mieć wpływ (a mówiąc wprost, stać się narzędziem wpływu) na politykę międzynarodową, związaną z ruchem wizowym. Teoria oczywiście mówi o tym, że będziemy chronieni – przysługiwać nam będą odszkodowania, jeśli naruszone zostaną nasze prawa (odszkodowania przyznawane będą zgodnie z prawem amerykańskim), będziemy mieli prawo wglądu do informacji o nas i będziemy mogli je weryfikować, jeśli nie będą zgodne z prawdą.Czy to jednak tak naprawdę oznacza nasze bezpieczeństwo? Pamiętać należy o tym, jak wiele danych przekazujemy rezerwując bilet – jak wiele danych posiada o nas przewoźnik, począwszy od danych personalnych, adresu, telefonu, poprzez cel podróży, informacje dotyczące naszego bagażu, aż po szczegóły naszych kart kredytowych. Zdaje nam się (poprawcie nas, jeśli się mylimy), że świadomość przekazywania wrażliwych danych nie wzbudza w nas poczucia bezpieczeństwa i czujemy się w takiej sytuacji wyjątkowo mało komfortowo. A świadomość dochodzenia swych praw przed amerykańskim sądem, nie stanowi, zdaje się, w naszym odczuciu zabezpieczenia… Cóż jednak możemy zrobić? Przyzwyczaić się do rzeczywistości i pogodzić z faktem. Umowa została formalnie zatwierdzona 26 kwietnia (wczoraj :-)) i przez następnych siedem lat, będzie aktem obowiązującym.
środa, 25 kwietnia 2012
O OLT Express piszemy często, ale w ramach wytłumaczenia się z tego przed Wami, zanim Was znudzimy i przestaniecie nas czytać – przebojowość wkroczenia na rynek trochę nas zmusiła, a do tego, uważamy zdrową konkurencję za szalenie korzystne zjawisko dla nas – pasażerów. Dlatego też, z całej siły zaciskamy kciuki, licząc, że się uda. Ale początki nigdy nie są łatwe. Zatem, za sprawą komentarzy jednego z czytelników i pod ich wpływem – przemyślenia sytuacji (tak tak, Wkurzanie, skłoniłeś nas do refleksji :-)), postanowiliśmy przyjrzeć się bliżej temu, jak to wygląda, kiedy zajrzy się pod dywan euforii… Oficjalny start przewoźnika nastąpił z początkiem kwietnia. Rozpoczęło się od połączeń krajowych, z których nie wszystkie planowane wypaliły – trasy Wrocław – Poznań oraz Wrocław – Kraków zostały zlikwidowane z uwagi na finalny brak rentowności tychże. To wprawdzie nie jest jeszcze wielkie przewinienie – plany były, prognozy zapowiadały większą popularność, ale brutalna rzeczywistość zweryfikowała wyobrażenia i okazało się, że zainteresowanie jest znikome, a dopłacać nikt nie chce. Dalej plany przewidują rozwinięcie oferty również o loty międzynarodowe, o których już teraz głośno. Czy wszystkie zostaną zachowane i czy realia tym razem staną bliżej oczekiwań – zobaczymy, na pewno jednak wszyscy będziemy zwracać szczególną uwagę na to, czy obietnice mają pokrycie (nikt nie lubi roztaczania spektakularnych wizji sukcesu i idących za tym później rozczarowań…). Na pewno w tym zakresie przewoźnik musi być ostrożny, bo rozczarowany klient, to stracony klient, a głupio by było zniechęcić do siebie już na wstępie. Czy ostrożny będzie? To się okaże… Co jeszcze zarzucacie OLT? Mówiąc bardzo ogólnie – nie odpowiada Wam jakość obsługi. A związane jest to z szeregiem aspektów, które powodują, że ‘od kasy’ odchodzicie niezadowoleni. Pierwszą i największą bolączką są opóźnienia lotów. Sami przedstawiciele przewoźnika przyznają się do statystyk, mówiących, iż w okresie 1-10.04 miało miejsce 21% lotów opóźnionych do 15 minut (na tzw. studencki kwadrans można jeszcze przymknąć oko) oraz 29% lotów, opóźnionych ponad 15 minut (pod enigmatycznym ‘ponad 15 minut’ kryje się czasem kilka godzin) – w tym wypadku jest to już większy problem.Słyszymy wyjaśnienia – start spowodował spore zamieszanie na lotniskach, znaczący wzrost liczby lotów wpłynął na zachwianie ich możliwości operacyjnych (wmieszane zostały w to również firmy zewnętrzne, przygotowujące loty). Słyszymy zapewnienia – strony dokładają starań, aby sytuacja uległa zmianie. Sądzimy, że o ile na starcie jesteśmy w stanie wybaczać potknięcia, śmiemy podejrzewać, że jeśli sytuacja szybko się nie unormuje, znowu będziemy obserwowali spadające zainteresowanie (bo cóż, że można tanio i wygodnie, jeśli zupełnie nie w terminie i godziny zyskane na wyborze samolotu, zamiast pociągu, spędzimy na lotnisku w oczekiwaniu na opóźniony lot?). Kolejne zauważane przez klientów potknięcia, dotyczą obsługi call center - nie można się dodzwonić. I tu jednak słyszymy zapewnienia, iż przewoźnik odnotował ten fakt, jest go świadomy i obiecuje w najbliższym czasie zwiększyć liczbę pracowników infolinii, bo to właśnie ich ‘niedostatkiem’ spowodowane są utrudnienia (proces rekrutacji trwa, pracownicy mają rozpocząć pracę z początkiem przyszłego miesiąca). I tu znowu – można (powinno się) wykrzesać z siebie wyrozumiałość, dyktującą świadomość, że nie wszystko wyszło tak, jak miało wyjść, takie jest życie i trzeba dać szansę. Jeśli jednak przewoźnik owej szansy nie wykorzysta i klient w dalszym ciągu nie będzie mógł się dodzwonić, nie będzie mógł doprosić się o wystawienie faktury lub uzyskać pomocy w jakiejkolwiek sprawie – odejdzie do konkurencji. Prawda taka, że czasy, w których żyjemy przyzwyczajają nas, że mamy prawo wymagać, mamy prawo oczekiwać i skoro wybieramy markę/produkt/usługę, ponieważ widzimy w niej potencjał w zestawieniu z konkurencją, chcemy, aby ten okazał się prawdziwy – nie chcemy nietrafionych inwestycji. Więcej przewinień (przynajmniej większych) na razie nie znaleźliście. O ile w dalszym ciągu cieszymy się bardzo z obecności nowego gracza i najszczerzej dobrze mu życzymy, gdyby ktoś chciał nas posłuchać – zalecilibyśmy daleko idącą ostrożność w obietnicach i deklaracjach oraz zwrócenie szczególnej uwagi na jakość obsługi, w przeciwnym razie – nic z tego nie będzie… Mając nadzieję na prężny rozwój i – ku naszej uciesze – atrakcyjne oferty, obserwujemy bacznie i pewnie jeszcze nie raz podzielimy się z Wami refleksją na temat… :-) Tagi:
OLT Express
11:55, eprzeloty ,
Co w przestworzach piszczy
Link Komentarze (7) » Lista TrackBacków (2) »
piątek, 20 kwietnia 2012
Stwierdziliśmy ostatnio, że zrobiło się monotematycznie i jakoś zatęskniło nam się za staryyym, dobrym znajomym – Ryanair’em :-). Rosnące wciąż ceny paliwa przewoźnik będzie niwelował za pomocą regulacji wagi samolotu. W tym miejscu przypomniała mi się deklaracja linii o ważeniu pasażerów – ale nie, to nie to, nie będziemy ważeni, więc o co chodzi? Ważone były fotele – planowano usunąć podłokietniki, ale upiekło im się i odchudzone zostały finalnie tylko fotele, zważone zostały schowki na magazyny pokładowe (a won! Po co one komu :-)), zważono lód (ojjj, ten to ciężki…więc weźmie się go mniej), wózki z napojami (im także przydałaby się dieta), ale to nie koniec – odchudzony ma być magazyn pokładowy (w ramach zrzucania wagi, zmienić ma format na mniejszy). Odchudzając samolot, skrzydła na szczęście zostawiono w spokoju – ale dostało się załodze, która odgórny przykaz dbania o linię ma traktować poważnie, zachęcona udziałem w sesji foto w bikini do kalendarza reklamowego (to się nazywa dobry system motywowania pracownika). Zupełnie nie pojmujemy, dlaczego pilotom nie odczepiono z mundurów znaczków (żelastwo w końcu waży swoje), nie wprowadzono nakazu wypluwania gumy do żucia przed wejściem na pokład (jakby tak pomnożyć liczbę pasażerów przez wagę obślinionej gumy?), a okna nie zostały zastąpione przezroczystą folią spożywczą - to pewnie w strachu przed natarczywym ptactwem? Dietetyku Ryanair, masz jeszcze wiele do zrobienia! ;-)
środa, 18 kwietnia 2012
Linie OLT Express weszły na polskie niebo szturmem. Mówi się o nich wszędzie, czyta się wszędzie, bo i często się pisze. Z resztą, nie odstajemy w szeregu zainteresowanych – również my poświęcamy nowemu przewoźnikowi już któryś artykuł… Nie od dziś wiadomo, że cross selling się opłaca – to dobry pomysł dla obu stron transakcji – kupujący w pakiecie otrzymuje więcej, sprzedający sprzedaje więcej – wszyscy są zadowoleni. Jak dobrze pójdzie, będziemy świadkami zupełnie nowej jakości na polskim niebie (i w okolicach :-)). Trzymamy kciuki i czekamy na więcej! | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||